Biali Indianie, neutrina i koniec świata
Właśnie skończyłam czytać książkę Jamesa Rollins'a "Kolonia diabła". Czytałam już kilka innych tytułów tego autora. To literatura średnich lub nawet niskich lotów z kategorii powieści sensacyjnych. Książkę kupiłam na lotnisku - mój poziom intelektualny: wczesna pobudka i czas, który miałam spędzić w podróży - uzasadniał w pełni coś lekkiego, nie wymagającego wielkiej gimnastyki umysłowej.
Ilekroć opowiadam komuś fabułę którejś z pozycji tego samego autora, zawsze słyszę parsknięcie i bezczelny rechot. Przyznaję, że poziom fikcji zdumiewa nawet mnie. Ale przecież właśnie dlatego to czytuję. I z tego samego powodu lubię Indianę Jones'a. Od razu wiem, że to się kupy nie trzyma i że pisarz zapewne wspomagał się jakimiś nielegalnymi substancjami organicznego lub syntetycznego pochodzenia.
Nic na to nie poradzę - literatura tego typu działa na mnie kojąco i relaksująco :-)
W "Kolonii diabła" mamy więc ten sam schemat. Tym razem Sigma - specjaliści najwyższej klasy z różnych dziedzin - zmaga się z Gildią - swoim tajemniczym, potężnym przeciwnikiem, na skalę globalną. Stawką jest uzyskanie dostępu do nanotechnologii, którą odkryto w grobowcu Indian z XII wieku. Z tym, że badania nie pozostawiają wątpliwości, że byli to ludzie rasy białej. Szperanie i wyciąganie ukrytych przez wieki artefaktów wydaje się mieć związek ze wzrostem neutrin. Na miejscu odkrycia dochodzi do dziwnej eksplozji, w wyniku której następuje rozpad materii na ograniczonym terenie. Naukowcy przewidują reakcję łańcuchową i kolejne wybuchy, które - jakżeby inaczej - doprowadzą do końca świata.
Nic więcej nie napiszę, na wypadek, gdyby znaleźli się chętni do przeczytania tej książki. Dodam tylko, że pojawiają się jeszcze zdrajcy, japoński geniusz, Deklaracja Niepodległości i Thomas Jefferson, proteza ręki, choroba alzheimera, sig sauer (broń), C4 (materiał wybuchowy... nomen omen...), złoto, nanorurki w stali damasceńskiej, ukryte miasto itd. Oczywiście niekoniecznie w tej kolejności.
Książka ma 490 stron, co dla mnie akurat bardzo istotne w literaturze tego typu. Jak ma, kurcze, bawić, to niech bawi jak najdłużej... Wciągać, wciąga i na pewno poszerza skalę zdziwienia. "No nie... teraz to już gościu naprawdę przesadziłeś...". A potem ze zdziwieniem jeszcze większym odkrywasz na końcu książki, że ten akurat wątek ma konkretne odniesienie do rzeczywistości. Rollins w epilogu bowiem podaje, które z elementów powieści nie są fikcją.
Książki Rollinsa to takie bajki dla dorosłych. Bajki o zmaganiu dobra ze złem, bazujące na stereotypach. Przecież w każdej amerykańskiej jednostce musi być jakiś Kowalski [czyt. kołalsky], o posturze wielkiej lodówki, z dłońmi jak bochny chleba, niewybrednym humorze i przygryzionym w zębach petem lub cygarem. Ale Kowalski tak naprawdę to swój chłop. Tych uproszczeń u Rollinsa jest cała masa. Dlatego też jest to dobra lektura na długą, męczącą podróż, na zmagania z grypą czy przeziębieniem itp. Czy warto wydać 40 zł na tą książkę? Moim zdaniem, nie. Lepiej poszukać w bibliotece.
Tuż po skończeniu książki poranek wita mnie czterema tonami materiałów wybuchowych znalezionych u pracownika krakowskiej uczelni. Brzmi to jak wątek z powieści Rollinsa. Pytanie, co w tej sprawie jest faktem, a co fikcją.

Komentarze
Prześlij komentarz