Operacja Die Glocke czyli James Rollins raz jeszcze

Świątecznie lenistwo oznacza głównie czas na czytanie. Najchętniej lekkostrawne. Tym razem więc dokładnie sobie to wszystko zaplanowałam i zgłosiłam, jak nigdy, że pod choinkę chcę kolejną książkę Rollinsa. Nikt tu ich poza mną tknąć nie chce. Rodzice - mole książkowe - też patrzą na te lektury z pobłażaniem.

A ja - i owszem! Jak pisałam wcześniej, wypoczywam przy tych książkach. Dzieją się tam zawsze tak nieprawdopodobne historie, że jeśli gdzieś jestem jeszcze spięta, przechodzi mi to od ręki - książki te wymagają bowiem elastycznej wyobraźni...

Nie inaczej było tym razem, choć - muszę przyznać - to najlepsza jak dotąd książka tego autora, którą przyszło mi przeczytać. Może dlatego, że dużo tu wątków dotyczących II wojny światowej, a w szczególności operacji "Die Glocke" ("Dzwon"). Pierwsza scena rozgrywa się nawet we Wrocławiu w chwili wkraczania zaprzyjaźnionej Armii Czerwonej, ostatnia zaś, we Wrocławiu już współczesnym. 

Operacja 'Dzwon' u Rollinsa to nazistowskie eksperymenty z urządzeniem, które wykorzystując potencjał fizyki kwantowej, ma finalnie doprowadzić do stworzenia idealnej rasy. 
Po wojnie, gdy alianci przejmowali technologie Rzeszy, wspomniane urządzenie ukryto w Himalajach, gdzie przez kolejne dekady wykorzystywano je do "poprawy" ludzkiego genotypu. Coś jednak idzie nie tak, i usterka doprowadza do śmiertelnych schorzeń u okolicznej ludności, objawiających się nawet kanibalizmem  Mnisi jedzą mnichów i takie tam.
Ech...Rollins, Rollins... 
James, chłopaku...!

Do tego wszystkiego w Afryce grasuje mega-giga-zmutowana-hiena, która sieje strach wśród miejscowych.
Wszystko to cudownie i gładko się ze sobą łączy, dzięki czemu trawienie świątecznego bigosu, makowca i gołąbków to naprawdę była pestka.

J'adore. Uwielbiam.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Koronawirus nas zmieni?

Spotkanie (opowiadanie)

Śnienie: część I - śnisz, nawet gdy nie śpisz