Szwedzki Forrest Gump czyli o stulatku, który uciekł z domu starców

Lubię kupować książki, o których wcześniej nie słyszałam, autorów dotąd mi nieznanych. To jak próbowanie nowego smaku. A jeśli jeszcze książka jest przeceniona, robi się jakoś smutno i melancholijnie. Bo leży toto smutne na półce i patrzy jakoś tak przejmująco. Wyciąga te swoje małe papierowe łapki, rozkosznie pachnące drukarnią i cichutko pyta "mama...?".

I choć się opieram, to jednak przygarniam. Staram się mieć nad tym jakąś kontrolę, ale jak z każdą kompulsją, łatwo nie jest...

I przed Sylwestrem przygarnęłam książkę Jonasa Jonassona o wdzięcznym tytule "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął". Okazuje się, że nabytek z dobrej stajni, bo był to swego czasu bestseller. Przyznam, że nic o tym nie wiedziałam. Nie żeby mnie to zraziło.

Skandynawskie nazwisko i ten rodzaj konstrukcji tytułu zrodziły we mnie najpierw podejrzenie, czy to nie aby kolejny krwawy, choć z pewnością świetny kryminał. Jak trylogia "Millenium". Super, ale mocne. Czasem nawet za bardzo. Ale to jeszcze nic w porównaniu z filmem, jaki kiedyś widziałam w telewizji. Chyba też szwedzki. Wciągający. ale potem ekran spływał krwią - nawet nie będę opisywać, co się tam działo. Obejrzałam to do końca tylko dlatego, że tkwiłam w jakimś stuporze i po prostu nie byłam w stanie się ruszyć i zmienić kanał. Może ostre zimy utwardzają, bo trudniej przetrwać i ludzie potrzebują silniejszych doznań, by poczuć poruszenie?

W każdym razie pomyślałam, że pewnie będzie to historia o pastwieniu się jakichś zwyrodnialców nad biednym, niedołężnym staruszkiem. Opis książki wskazywał jednak na inny charakter lektury: 
Właśnie minęło dziesięć dekad nadzwyczaj bogatego w wydarzenia życia Allana Karlssona.[...] Ale człowiek, który jadł kolację z przyszłym prezydentem Trumanem, leciał samolotem z premierem Churchillem, pił wódkę ze Stalinem i znał Mao Zedonga, nie może tak po prostu zdmuchnąć świeczek na torcie. Wymyka się przez okno i rusza w swą ostatnią życiową podróż...

Lektura tej książki to fantastyczna przygoda. Przyda się względnie uporządkowana wiedza z zakresu historii współczesnej - wtedy przyjemność będzie jeszcze większa. Ja ubawiłam się setnie!

Fabuła rozgrywa się na dwóch planach. Jednym z nich jest ucieczka dziadka z domu starców tuż przed wielką fetą z okazji jego setnych urodzin. Dziadek wymyka się przez tytułowe okno i na dodatek w kapciach. Sprawdzona przez dekady filozofia życiowa polegająca na poddaniu się nurtowi życia - choć  barwny staruszek nie ujmuje tego tak wyrafinowanie - sprowadza nań wielką przygodę. Pojawią się - i czasem bezpowrotnie znikną np. w Dżibuti czy Rydze, nietuzinkowe postaci. I słoń.

Drugi plan to opis szalonej trajektorii, jaką pokonał w ciągu życia bohater książki. Czytelnik widzi więc Allana jako chłopca, który ceni sobie eksperymenty z prochem strzelniczym. Pasja ta, choć ryzykowna, stanie się jego mocnym atutem przez całe życie: w ten sposób trafi w sam środek historycznych wydarzeń. Jego rola okaże się za każdym razem znacząca. Symbolicznie ujmując, wielokrotnie nadawał nowy tor historii świata, siedząc na tylnym siedzeniu i popijając wódkę :-)

Allan to taki skandynawski Forrest Gump - życie po prostu mu się przytrafia a on, nie opierając się, daje mu się wciągnąć w wir niesamowitych wydarzeń. Wybitnie pobłażliwy wobec przywar innych, prostolinijny i cudownie wyluzowany (lub głupi - zależy od punktu widzenia). Jego przygody, mimo że surrealistyczne, potrafią rozbawić.
Na przykład przedziera się z irańskimi komunistami przez Himalaje na wielbłądach, albo dla odmiany służy jako kelner w amerykańskiej bazie wojskowej, gdzie podczas spotkania ekspertów doradza Oppenheimerowi, jak rozwiązać problem przy produkcji broni atomowej. Innym razem nieprzemyślany występ recytatorski Allana na popijawie u Stalina, kończy się politycznym skandalem. Bohater na kilka lat ląduje w sowieckim łagrze wspólnie z przyrodnim bratem Alberta Einsteina. Po 5 latach Allan szykuje wielką ucieczkę, która wskutek serii niefortunnych wydarzeń z udziałem kontenera wojskowych koców, doprowadza flotę radziecką do ruiny i wymazuje z mapy Władywostok. Allan i Herbert Einstein uciekają do... Korei Północnej.  Dalej jest równie ciekawie :-)

Trudno mi było oderwać się od tej książki. Przypomina ona trochę historie, jakie się tworzy podczas gry, której nazwy niestety nie pamiętam. Składa się ona z kilku kostek. Zamiast oczek, są na niej różne rysunki. Zadanie polega na szybkim powiązaniu tych przypadkowych elementów w improwizowaną historyjkę.
Wydaje się więc, że podczas suto zakrapianej imprezy w Walhalli skandynawscy bogowie rzucają tymi kośćmi i w ten sposób decydują o przygodach Allana Karlssona. A przy tym pokładają się ze śmiechu na masywnych, drewnianych ławach :-D



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Koronawirus nas zmieni?

Spotkanie (opowiadanie)

Śnienie: część I - śnisz, nawet gdy nie śpisz