Manuela Saenz - kobieta, która wstrząsnęła Ameryką Południową
5 lipca 2010 roku w Caracas, stolicy Wenezueli, oddano najwyższe honory kobiecie, która zmarła ponad 150 lat wcześniej, w biedzie i zapomnieniu. Trumnę zastąpiono ozdobną skrzynką, w której zamknięto symboliczną garść ziemii z masowego grobu ofiar epidemii dyfterytu, gdzie wrzucono jej ciało w 1856 roku. Zmarła bowiem w Paicie, w Peru, gdzie zamieszkała po tym, jak ją wygnano z Kolumbii. W ten sposób przywrócono należne miejsce w historii postaci niezwykłej, Manueli Saenz.
Czego takiego dokonała? Owszem, była najsłynniejszą kochanką Simona Bolivara, który walczył o niepodległość krajów Ameryki Południowej. Ale rozgrzewanie do czerwoności bohatera narodowego nie zapewnia jeszcze miejsca w panteonie.
Zanim go poznała, wykazywała, nawet w dzieciństwie, niezłomny i pełen determinacji charakter. Jako dziecko z nieprawego łoża, w kraju na wskroś katolickim, łatwo nie miała. Po śmierci matki wychowywała ją surowa babka i apodyktyczna ciotka, dla których samo istnienie Manueli było niewybaczalną plamą na dobrym imieniu rodziny. Dziewczynkę umieszczono w przyklasztornej szkole dla panien, co po latach spowodowało jej prawdziwą niechęć do Kościoła, religii i Hiszpanii jako takiej. Jako nastolatka z zapartym tchem śledziła poczynania generała Simona Bolivara, który za misję obrał wyswobodzenie Ameryki Południowej spod hiszpańskiego jarzma i zniesienie niewolnictwa. Jakiekolwiek słowo krytyki pod jego adresem wypowiedziane w jej obecności, kończyło się awanturami i kłótniami.
Jaime Manrique, w książce Nasze losy są jak rzeki, podjął się zadania niełatwego: postanowił ożywić Manuelę Saenz i dać głos jej duszy. Oparł się na dostępnych źródłach historycznych i ocalałej korespondencji pomiędzy bohaterką a Bolivarem. Jako że wybrał formę powieści, tam gdzie brakło materiałów źródłowych, próbował odtworzyć skomplikowaną postać bohaterki. Czy jednak mężczyzna jest w stanie odtworzyć bogatą gamę uczuć i przemyśleń kobiety, która świadomie poświęciła swoje życie walce i miłości?
Wcześniej nie czytałam romansów i obawiałam się, że wpadł mi w ręce jakiś ckliwy gniot. Cena mogła usprawiedliwiać taki osąd - przecena z 30 złotych na 5... A jednak byłaby to ocena niesprawiedliwa, bo choć książka ma swoje mankamenty, jest warta przeczytania. Bez wątpienia przybliżyła mi postać wcześniej zupełnie nieznaną. Owszem, coś tam wiedziałam o Boliwarze i jego walce o niepodległość dla Wenezueli, Kolumbii, Ekwadoru i Peru. Nazywano go Libertadorem - Oswobodzicielem, Wyzwolicielem. Czczono go i uwielbiano. Ale jego życie dwukrotnie uratowała właśnie Manuela, którą publicznie nazwał Wyzwolicielką Wyzwoliciela. Zanim jednak doszło do spotkania obojga w 1822 roku, Saenz zostaje mianowana Rycerzem Orderu Słońca w uznaniu za jej zasługi dla niepodległości Peru. Wykorzystując bowiem swoją znaczącą pozycję społeczną, pomaga w organizacji sił sprzymierzonych w walce przeciw Hiszpanom. Jako żona znanego i bogatego brytyjskiego kupca Jamesa Thorne'a, ma wstęp na salony Limy.
Autorowi udało się odmalować na kartach powieści brawurę i hardego ducha Manueli. Czytelnik szybko się zorientuje, dlaczego budziła ona tyle emocji i uważana była za skandalistkę. Łamała wszelkie możliwe konwenanse i nic nie robiła sobie z opinii innych. Zmieni się to dopiero później, gdy życie jej i Bolivara będzie zagrożone. Póki co jednak, Saenz cudzołoży, obnosi się ze swoją przyjaźnią z niewolnicami, pali cygara, nie chodzi do kościoła, ani na spotkania nobliwych pań domu, chętnie dyskutuje z mężczyznami o polityce i razem z nimi pije. Dalej jest już tylko bardziej egzotycznie - zaczyna, wraz ze swoimi dwiema niewolnicami, nosić się po męsku podczas konnych przejażdżek, bulwersując całe środowisko. W międzyczasie bierze jednak udział udział w kilku bitwach, gdzie jej strategia i bohaterstwo decydują o wyniku na korzyść Bolivara. Manuela doczekała się nawet tytułu pułkownika i często zakładała oficjalny wojskowy mundur. Trzeba więc przyznać, że była to postać absolutnie wyjątkowa. Łatwo zrozumieć, dlaczego na tle swojej epoki odstawała od ogółu i była przezeń wyklęta.
Kilka słów o wspomnianych mankamentach książki. W mojej opinii dotyczą one wątku miłości Saenz i Bolivara. Jakieś to dla mnie niezgrabne, ułomne. Nie wiem, czy mam przypisać to temu, że to mężczyzna próbuje swoimi słowami opisać gorące, kobiece emocje czy też temu, że nie czytałam wcześniej książek, gdzie wątek miłości między bohaterami byłby aż tak istotny. Na pewno raziła mnie sentymentalność Manueli - trochę tak, jakby dostawała "małpiego rozumu" na samą myśl o Bolivarze. W mojej ocenie kłóci się to z oczywistą błyskotliwością i inteligencją tej wyjątkowej kobiety. Ale możliwe też, że tkwię po uszy w jakimś stereotypie. No ale czy możliwe, że kobieta, która zastanawia się nad meandrami polityki i analizuje kolejne ruchy przeciwników, gdy ma spotkać się ze słynnym kochankiem myśli tylko o tym, co zrobi z jego przyrodzeniem??? W mojej opinii jest jakaś niekonsekwencja w budowaniu postaci Manueli. Autor robi z niej chwilami samicę w rui, by w końcu, gdy wiedzie samotne życie na wygnaniu, już lata po śmierci Bolivara w 1830 roku, pozwolić jej rozważać filozoficzną głębię uczuć do generała. Saenz dochodzi do wniosku, że pokochała generała właśnie, nie mężczyznę; ideę, którą uosabiał, a nie człowieka, którym był. Zapewne płeć autora ma wpływ na głębię psychologicznego i emocjonalnego portretu Manueli. Kobieta ujęłaby to może inaczej. Choć może właśnie ta pełna sprzeczności natura bohaterki i wspomniany "małpi rozum" czynią ją bardziej ludzką? Nie wiem.
Jest w tej postaci, mimo, że odtworzonej przez mężczynę, ślad prawdziwej osobowości, która wiodła niebanalne życie i świadomie nim kierowała. Jej determinacja dyscyplinowała emocje, którym ulegała: tęsknotę, wściekłość, chęć zemsty, rozpacz, strach itd. Rodząca się z tego wewnętrznego konfliktu frustracja będzie zrozumiała i bliska każdemu.
Manuela Saenz spędziła z Bolivarem zaledwie 8 lat. Był to dla niej jednak czas prawdziwego życia. Rzuciła się w to doświadczanie całkowicie - jak ćma wpadająca w płomień. Jednak w odróżnieniu od niej, Saenz była w pełni świadoma, że stawia wszystko na jedną kartę i była gotowa ponieść w przyszłości koszty tak intensywnego życia.
Simon Bolivar umiera na wygnaniu w 1830 roku, z dala od Manueli. Przez kolejne 26 lat będzie ona nieustannie zanurzać się we wspomnieniach o minionych wydarzeniach i tęsknić za tą swoją bliźniaczą duszą.
W lipcu 2010 roku Hugo Chavez, prezydent Wenezueli, zdecydował, by symboliczne szczątki Saenz pochować przy jej ukochanym generale. Historia dopełniła się.

Komentarze
Prześlij komentarz